Halowin

Idę sobie dziś na spacerek i kogóż własnoręcznie widzę? Oto pan Benedykt Baryłko opuszcza komendę przy ulicy Grenadierów.
– Witam panie Benedykcie. Co się stało? Czyżbyś przekroczył pan wymiar sprawiedliwości?
– Owszem.
– Wyszczególnisz pan?
– Detalicznie. W dniu trzydziestym pierwszym października w godzinach wieczornych przebywałem w miejscu zamieszkania
z panem Ambrożym Keksem. Ponieważ, że nasze ukochane cholery poszły się pokazać na Powązkach w nowych szynszylach czy innych gryzoniach, mogliśmy spokojnie powspominać czcigodnych nieboszczyków w towarzystwie swojem wzajemnem, litra czystej i ogórków mało solonych.

Akurat byliśmy przy osobistości Adama Ewy Mickiewicza, któren na Krakowskiem figuruje wizawi prokuratury, więc go często widuję. Artysta ten, autor lektur szkolnych, że nadmienię: „Pan Tadeusz, czyli ostanie mordobicie na Litwie”, „Słuchaj dzieweczko, ona nie słucha, żar z rozgrzanego jej brzucha bucha”, znany jest z horroru dla młodzieży „Dziady”, o tym, co to będzie, gdy ciemno wszędzie. 
I nagle usłyszeliśmy pukanie.
– Kto tam?
– Cukierek albo psikus!
Roztwieram, patrzę, a tu pan Wieńczysław Górkiewicz, student zarządzania i smarkietingu z domu naprzeciwko. Przebrany za Zorro z dynią na łbie.
– Panie Górkiewicz, dwanaście lat pan już studiujesz i jeszcze takie dziecinne figle?
– Nowa tradycja, czyli halowin, czyli szał, uśmiech i zabawa!
– Ja wolę starą tradycję, czyli melankoholiczne gazowanie za zdrowie nieboszczyków.
– Acha. W taki sposób proponuję złoty półśrodek – kieliszek albo psikus!
Myślę sobie: psikus wieloletniego studenta licznych fapulpetów może się źle skończyć. Znakiem tego dałem mu kielicha, którego szurnął z wprawą budzącą szacunek.
Potem zaczęliśmy z panem Ambrożym czcić Juliusza Słowiańskiego, który wykopał z placu Bankowego niejakiego Dzierżyńskiego. Od razu więc wypiliśmy jeszcze na okoliczność, żeby diabły dobrze krwawego Feliksa zgrylowali. A tu znowu pukanie.
I kogóż mam zaszczyt widzieć? Pan Górkiewicz!
– Kieliszek albo psikus!
Dałem mu kielicha, bo faktycznie, według ankoholicznego leguraminu lufa na drugie nóżkie przysługuje.
Mieliśmy już przejść do trzeciego zwieszcza, Zegmonta Krasińskiego, który napisał bardzo smutną „Niebieską komedię”. I znów jakaś osobistość w drzwi tłucze.
I znowu Górkiewicz.
– Kielicha albo psikus!
Troszkie mnie było szkoda wlewać czystą w taką przykrą osobowość, więc zrobiłem mu halowinnego psikusa.
– Mnianowicie?
– Mnianowicie zamalowałem go flaszką w dynie…

 

Przemysław Śmiech