Egzamin na prawo jazdy

Sobota i wolne! Oczywiście w teorii bo… w niej wszystko jest możliwe. Teoretycznie można spać aż oczęta zgniją ze przespania. Ale to w teorii bo… w praktyce insze są poranki sobotnie. Ten, na psi urok, taki był. Rano, jak tylko letko powieka mnie drgnęła, rozpiska przed mą facjatą ląduje i sru, trzeba zaiwaniać na bazarek po zakupki. No to sie zwlekłem z koja! Przyodziałem to i owo i wystartowałem, jak na wielkiej pardubickiej, do przodu. W bramie natknąłem sie na naszego rycerza ładu i porządku. Akurat z naszymi organami ścigania się rozstawał serdecznie. Spojrzałem z letka zdziwiony na niego a on na mnie. Jak gdyby nigdy nic mówi:

– Panie ładny! Nie patrz pan na mnie takiem miną, bo ci tak na facjacie zostanie. Robotę na polu, za stracha będziesz mniał i tyle.

Po czym odwrócił się na pięcie jak baletnica i poszedł podwóreczko sprzątać.

Wzruszyłem tylko ramionami i poszedłem na te zakupy. Jak wracałem zmordowany, jak po jakiej orce, temi zakupami, napatoczyłem się na Antoniego.

– Panie ładny! Choć pan do mnie na słówko. Musim sobie pewne sprawy wyjaśnić.

– A co tam wyjaśniać. Nic mnie do tego, z kim ty panie Antoni gadasz. Wolność mamy!

– Ano mamy, niby tak. Ale mnie jakiś z rana niesmak pozostał. Widzisz pan, to był syn dobrego znajomego. A że ma taki zawód… cóż i w najlepszej rodzinie się tak trafia czarna owieczka. Ale znam go od małego i wiem, że to morowy chłopak jest. A ja struplem nie jestem i do naszej nowej władzy nie donoszę. Do starej zresztą tyż nie donosiłem. Jak pan nie wierzysz, to się pan po parafii popytaj.

– Co mam nie wierzyć! Czy ja cuś mówię? – wywaliłem.

– Ale się pan przyznaj, że pomyślałeś tak … co? – opowiedział Antoni.

Spojrzałem na niego z ukosa i odrzekłem:

– Panie Antoni! Fakt niezaprzeczalny, żem w pierwszej chwili tak pomyślał. No ale skoro pan tak mówisz… to tak musi być. Zresztą nie ma o czym gadać. Idę do domu, bo mnie sianowna małżonka prześwięci za te zakupy, co to na nie czeka. Jeszcze skłonna pomyśleć, że po parafii się szlajam.

– Szkoda panie Adaś. Myślałem, że pan zostaniesz chwilę, to bym opowiedział, jak prawo jazdy na motocykl robiłem. No, ale szoruj pan na górę, bo rzeczywiście jaka draka będzie. A szkoda tak dzionek zaczynać.

– Hmmm – mruknąłem i dodałem – zaraz wracam.

Pięć minut nie minęło, jak na baczność stałem przed stróżem, czekając na opowieść. Rzekłem do Antoniego:

– Gotów jestem. Nawijaj pan.

Antoni popatrzał na mnie, poklepał mnie po badziuchu i rzekł szczerząc bibliotekie:

– Dobra! Wyjmuj pan te flaszki z za parkanu, bo widzę że ciążą a gorąc jest okrutny.

Jak ten stary to zobaczył, jak Hanka nie zauważyła? Zresztą… nie ważne. Ważne, że znów coś ciekawego zaraz będzie.

– Pamiętasz pan, jak mu opowiadałem jak te ubeckie psie syny w sprawie kuzyna u mnie byli? Co prawda tylko raz, ale sie okazali, że mnie przy okazji jakieś tam teczkie założyli. Jak poszedłem na kurs prawa jazdy, mniałem przez te teczkie problem. A zresztą posłuchaj pan jak to było.

To było jakoś po Wielkiej Nocy. Poszedłem ja do odpowiedniego urzędu i mówię:

– Szacuneczek sianownej pani. Na kurs żem sie przywalcował. Na motocykla. Papier mnie potrzebny jest. Rozumisz pani świstek znaczy sie. Ślubna od ołtarza zabrana, makówkie mnie suszy co bym go zrobił. Bo jak jaka majóweczka będzie, to sie brykniem na przejażdżkie. A i w niedziele pod kościółek można by z majestatem zajechać. A ona suszyć potrafi, oj mówię paniusi. To co? Załatwimy sprawkie?

Kobita prześwidrowała mnie wzrokiem jak u bazyliszka. Po chwili pomyślunku, pyta się mnie:

– Czego ty pan chcesz?

Zbaraniałem. Detalycznie to ona nie wiedziała o co mnie biega. Olśniło mnie dopiero po chwili. Ona nowa w naszem syrenim grodzie musi być. Znaczy sie przyjezdna. Nic w ząb nie rozumiała co jej nawijałem. Więc ja skupiłem się, jak zegarmistrz przy robocie i poprawnie nawijam:

– Szanowna Pani. Na kurs prawa jazdy, na motocykl przyszedłem.

– To mów pan po ludzku, a nie jakieś wieśniaczenie mi tu odstawiasz. Tak, to sobie możesz u siebie, na wsi gadać. Tu jest stolica!!!

Panie Adaś! Gdyby nie to, że wyższe kurture salonowe posiadam. Z fasonem do kobitki umniem się zachować. Ona za te słowa, to leguralnie opeer zebrać powinna. Wisz pan. Nikt mnie tak od czasu tego strzelania do szkopów nie obraził. Ale pod czerepem tak se myśle. Antoś wytrzymaj. Jaka wielka draka może być, jak ci ciśnienie uszami wyleci. Papierów nie dostaniesz i będzie klops. I wisz pan! Pomogło. Wytrzymałem, ale do wyjścia z tego budynka. Panie! Ile mnie nerwów ta kobita kosztowała szkoda gadać. W końcu jak wylazłem, to napatoczył się jakiś gzymsik letko podcięty. Wszystko było by cacy, ale mniał niefart i mnie potrącił. Byłem jak zapalnik. Wybuchłem! Tak mu w cyferblat przyfanzoliłem, że się kopytami nakrył a patrzałki to na pół metra odleciały. Na odchodnym mu rzuciłem:

– Przepraszam za pardon, ale mniałeś pan pecha. Kobit nie biję, więc ty żeś pan oberwał.