Mowo szemrana!…

W samym sercu Targówka i na peryferiach Szmulek, jak grzyby po deszczu powstają drapacze chmur – wysokościowce o setkach mieszkań. Do tych mieszkań wprowadzają się tysiące nowych lokatorów wnoszących w klimat starych praskich dzielnic inny sposób bycia, inny sposób wyrażania się. Dawna gwara warszawska, która utrzymała się tu naj dłużej wraz z autochtonami co pozostali w tych niespopielonych przez Niemców nielicznych fragmentach Warszawy, zaczyna się roztapiać wśród nowego słownictwa, świeżo przybywających mieszkańców. Ale i oni niespodziewanie nawet dla siebie zaczynają przyswajać sobie niektóre zwroty, rodzaj wysłowienia rdzennej ludności – praskich rodaków.

Nierzadko pan magister „przeflancowany” z przeludnionego mieszkania w Śródmieściu na te kresy Warszawy przechwytuje pewne zwroty, zaraża się szemraną mową pana Piecyka czy Wątróbki. Gwara warszawska utrzymuje się więc jeszcze przy życiu, wspierana nowymi wyrażeniami środowiskowymi i tak zwanymi chuligańskimi, ale to stanowi już inne zagadnienie i temat badań dla uczonych polonistów. Ja tylko w uzupełnieniu drukowanego przez „Stolicę” przed paru tygodniami przedwojennego felietonu mego pt. „Dialekt stolicy” chcę podać parę przykładów owej zanikającej „gadki” na tle felietonów sądowych, bądź też innych obrazków z międzywojennej przeszłości.

Sięgnijmy więc na początek do wspomnień sprawozdawcy z sądu grodzkiego, jakim podówczas byłem. W kuluarach sądu na Targowej słyszałem kiedyś taką rozmowę dwóch oczekujących na rozprawy panów:

– A pan szanowny w jakiem charakterze dzisiaj przed sądem staje?
– Dziwne zapytanie mnie pan zadajesz. Czy ja wyglądam na prekuratora?
– No faktycznie, że nie.
– Wiadomo, oskarżony jestem i to przez ślubne małżonkie o pobicie. A było to tak. Przychodzę jednego wieczoru do domu, a tu mnie takie boleści złapali, że myślałem, że już do rana nie doczekam. Żona ma sie rozumieć zawołała doktora, któren obejrzał mnie tam i nazad i mówi, że nie ma żadnej nadziei, bo to jest zatrucie „siarczanem baru”. Żona jak to usłyszała jak nie krzyknie:
– A co, nie mówiłam, że ci te bary dogodzą, stary moczymordo i tu mnie termomentrem w głowe.
– Żono kochająco mówie do niej – konającego męża w ciernie lekarskiem narzędziem znieważasz? Żałobne zwłoki po mordzie lejesz. Czy to tak ładnie? Za to będe cie po nocach cholerycznie straszył; talerzamy rzucał, do szafy wlize i po trzykroć, jak to duchy robią w drzwi kopne, aż folong wyleci. Zalała się łzamy żona i mówi:
– Józiu, nie rób mnie tego. Tylko bez żałość serdeczne w łeb cie termomentrem wyrżłam, bo zawsze ci mówiłam, że w barze na śmierć sie strujesz. Ja jej przysięgam, że w żadnem barze nie byłem, tylko w pierwszorzędnej restauracji. I otem żeby mnie siarczanego kwasu zamiast wódki któś podał mowy nie ma. Ale cóż doktór się uparł i mówi, że to ostatnia moja godzina sie zbliża i że mnie już nogi zsinieli. Patrzę faktycznie nogi mam niebieskie jak na leguralnego nieboszczyka wypada, ale żem się w trymiga połapał co to jest i mówie do doktora.
– Panie doktorze to nie od ostatniej godziny tak mnie nogi zsinieli, tylko od skarpetek, bo po deszczu chodziłem, a byli w marnem gatonku po 60 groszy para. Doktór nie wierzył dopieru jak nogi zostali umyte sam sie przekonał.
– W taki sposób, mówi, może to rzeczywiście nie siarczan baru. No i ma sie rozumieć, że to nie był żaden siarczan baru tyko węgorz i jasne piwo. Ale tak między nami mówiąc, doktór pół na pół zgadł, bo rzeczywiście w barze na Kamionku go żarłem, tylko nie chciałem sie żonie przed śmiercią przyznać, żeby lepsze pamięć po sobie zostawić. A swojem porządkiem żona powinna umierającemu mężowi wierzyć. Nieboszczyk jako osoba duchowna kłamać nie może, to tyż jak tylko doktór wyszedł, taki żal odczułem do żony, że połamałem na niej bambusowy stoliczek co przy łóżku stojał. Jak się skończył proces żywego nieboszczyka już nie pamiętam. Przypuszczam, że uroczyście przeprosił żonę przed są dem i uzyskał przebaczenie.

W innym znowu oddziale warszawskiego sądu grodzkiego trafiłem kiedyś na sprawę pewnej pary małżeńskiej, w której mąż miał dziwne przyzwyczajenie powtarzania szeptem tego co mówiła żona. Podczas zeznań małżonki p. Kordelik, bo tak się, zdaje się nazywał, stale ruszał wargami. Zauważył to wreszcie sędzia i powiedział surowo:
– Proszę nie podpowiadać świadkowi. Jak to zobaczę jeszcze raz, zostanie pan wydalony na korytarz. Ponieważ pan Kordelik w dalszym ciągu oddawał się swemu nałogowi sąd postanowił skazać go na grzywnę. Wtenczas wtrąciła się pani Kordelikowa:
– Za przeproszeniem wysokiego sądu – mąż wcale nie podpowiada, tylko on jest mamrot. Jak ja mówie, giemba sama mu sie rusza. Ignaś odwróć sie do ściany i nie denerwuj pana sądziego, bo cie jeszcze do kozy wsadzi.

Ale dość o sądzie grodzkim. Kiedyś przeprowadziłem taką oto rozmowę z przyjacielem swoim panem Teofilem Piecykiem. Spotkałem go za Żelazną Bramą. Pod jedną pachą trzymał indyczkę pod drugą szynkę. Zielony „kołtun” do ubierania stołu zwisał mu w malowniczych festonach z obydwu ramion. Prawą ręką przyciskał do siebie gipsowego baranka ze złoconymi rogami, lewą miał zajętą siatką, w której miotało się dorodne prosie.
– Ho, ho, widze, że święta zapowiadają się hucznie rzekłem z ukłonem. Pan Piecyk przystanął, uśmiechnął się sceptycznie.
– To wszystko frajer panie szanowny. Dawniej trzeba mnie tu było widzieć w Wielkiem Tygodniu. Derożką do domu wiezłem jendora, perliczkie, głowizne, dwie ćwiartki cielęciny i ma sie rozumieć szynkie, ale nie takiego wióra jak to, tylko sztukie odpowiedzialnom, 25 fontów wagi. W ogólności nie można tamtejszych czasów z tem co dzisiaj mamy równać. I forsa była i pobożność w narodzie. Weź pan pod uwagie takie jajko – danie religijne do nażarcia sie nie służy, totyż dawniejszy gość nigdy więcej jak ćwiartkie, przy świątecznem życzeniu nie opchnął. A dzisiaj co? Gospodyni nieraz z talerzem musi uciekać, bo sie trafi łachudra, że i sześć sztuk może wstrząchnąć. Niby tyż to zdrowia szczęścia, pomyślności od dziś za rok wienszuje, a patrzy tylko, żeby sobie żełądek żółtkamy wyłożyć. Dawniej tego nie było. To samo z resztą święconego. Do jedzenia musiało sie gościa trzy, cztery razy zapraszać, niejeden honorowy to i po mordzie dostał zaczem sobie pozwolił cóś niecoś na talerz wrzucić, a dzisiaj barankiem i kwiatamy droższe dania trzeba zastawiać, bo w trymiga go nie będzie …

Taka to była szemrana mowa warszawska na dzień powszedni na święta.

Stefan Wiechecki „Wiech”

Felieton ukazał się w tygodniku Stolica 1972r. nr 14-15