Witamina „F” – Stefan Wiechecki „Wiech”

No to zaczęli się te telewizyjne majówki. Dzień w dzień koło piątej odsiadka przed telewizorem, żeby się dowiedzieć, czy mocno dostajem w kuchnie czy średnio, czy tyż wprost przeciwnie za gierojów XXVI Wyścigu Pokoju jesteśmy. Właściwie to nam z Gienią należą się medale za te 26 odsiadek, bośmy ani jednego wyścigu nie opuścili. Tylko gdzie taki medal za siedzenie komu przypiąć?

Śmiech śmiechem, ale faktycznie Gieniuchna historie tych wyścigów zna na pamięć i mogłaby w telewizji z odczytem wystąpić, tylko że troszkie sepleni. A takich i bez niej w telewizji nie brakuje.

Ale faktycznie na wyrywki pamiętamy wszystkie zdarzenia i nazwiska największych kozaków, którzy zajęli w swojem czasie czołowe miejsca, a teraz obecnie w charakterze starszych panów z brzuszkamy biorą udział w XXVI Wyścigu tak jak my, na krzesełkach przed telewizoramy. Pamiętamy Hindusów, którzy stale i wciąż przyjeżdżali w dwa dni po skończeniu wyścigów, ale za to w stanie kwitnącem, bo się nie męczyli. Przerwy obiadowe sobie robili i na drugie śniadanie także samo. Na trawie siedzieli i dopieru po dłuższem odpoczynku spokojnie kręcili dalej. A nasze na łapu-capu, na stojaka, łapali z bufetów, co się dało, kwaśne mleko, nie kwaśne mleko, ogórki, nie ogórki, I taki był koniec, że jednego razu nasza drużyna dwa etapy w rowach przesiedziała. Totyż Gienią jednego roku z własną kuchnią wystąpiła na wyścigu i przy szosie z gorącemy flakamy w poduszce na naszych chłopaków oczekiwała. Faktycznie nie było naszego cyklisty, któren by porcji Gieninych flaków z pulpetamy nie wtrząchnął. Bardzo chwalili. Nie można powiedzieć, Gienia zagranicznych zawodników tyż poczęstowała. Ale, na przykład, Anglicy, jako nie przyzwyczajone do polskiej kuchni, dwa razy przed metą zmuszone byli z rowerów zsiadać. Flaki po warszawsku nie dla każdej narodowości się nadają.

Totyż nie możem się z Gienia nadziwić, kto wtraj nasze flaki, że ich w Warszawie w ostatniem czasie ani poświć. W sklepach wzruszają ramionamy, jak się tej posilnej potrawy zażąda, której dawniej było jak siana w aleganckich pudełeczkach. „Flis” na Marszałkowskiej na pierożki leniwe będzie się musiał przerzucić, bo nie otrzymuje surowca. Flaków starcza tam podobnież na pół godziny. Bont jest wśród gości, bo nie każden lubi jarskie kotlety ze słomianki, zamiast witaminy „F”. Warszawiacy z dziada pradziada przyzwyczajone są do tej smacznej zagrychy. Kiedyś na Piwnej, Freta i w okolicy flaczarnia koło flaczarni się znajdowała, gdzie za 6 groszy, czyli 3 kopiejki, otrzymywało się porcje flaków z bułką mularką. Lepsze goście w celindrach do „Wróbla” na Mazowiecką zachodzili obowiązkowo w czwartki i niedziele, gdzie flaki byli znacznie droższe z pulpetamy i serem parmezanem.

A niezależnie, dla ludzi nieczasowych „trąbizupka” po Warszawie kursowała, gdzie z kotła na kołach w dwa konie zaprzęgniętego można było w całem mieście porcje tego historycznego artykułu za parę groszy nabyć. Kucharz strażacką trąbk ą całe dzielnice o swojem przybyciu zawiadamiał. Totyż zlatywali się ludzie do trąbizupki z garkamy i kubełkamy.

Rzecz jasna, że nie możem żądać, żeby nasz trąbka na flaki obecnie wzywała. Raz że trąbienie milicyjnie jest zakazane, a po drugie—zabradziażenie kołowego ruchu mogłoby wywołać, jakby cała ulica na flaki zaczęła lecieć. Ale mamy swoje rzemskie prawo do tej narodowej potrawy i nikt nie może nasz jej pozbawić. A niezależnie, rzecz ciekawa, dlaczego jej nie widać. Kto pędzluje nasze flaki? Czy poszli na eksport razem ze ślimakamy? Co do ślimaków nie mam pretensji i co do żab także samo. Chcą Francuzi ich opychać na zdrowie. Ale bez flaków Warszawa obejść się nie może. Totyż myślę że B.R.F., czyli Biuro Rozdziału Flaków, nie każe nam na nich długo czekać. Pojawią się znowuż w handlu, a Gienia będzie mogła przyjąć na Wyścigu naszą drużynę porcjamy takich flaków, co to łyżka w nich stanie, a pulpety letkie będą jak senne marzenie.

Tego Warszawie i sobie z całego serca życzę.

Stefan Wiechecki „Wiech”

z tomu „Śmiech, śmiechem”