Co z tą wiosną

W hołdzie Julianowi Tuwimowi

Patrzę ja sobie onegdaj zwrokiem za okno i kogóż mam zaszczyt widzieć? Pana Ambrożego Keksa, który lepił śnieżki jak małoletnie dziecko, z temże te kulki były jakieś takie nieformalne. Założyłem więc na grzbiet paltot tudzież czapkie, gdyż mróz szczypał za twarz i wyszłem do sąsiada.

– Dzień dobry, panie Ambroży! Jakiejż to rozrywce oddajesz się pan w tych niesprzyjających waronkach atmoskwerycznych?

– Śnieżki lepie.

– A z powodu dlaczego w takiem dziwnem, jajecznem całokształcie?

– A pan co, zgubiłeś pan orient w kalendarzu, czy co, jak pragne zdrowia? Wielkanoc idzie!

– I co z tego?

– I to, że skoro jeżely zima humorystyczne drakie z nas uskutecznia i na Wielkanoc szykuje na całej połaci śnieg, w taki sposób ja jej uskutecznie śniegowe pisanki.

– Faktycznie, panie Ambroży, ta zima robi nam w poprzek.

A zwłaszcza młodzieży w wieku matrymonialnem.

– W jaki deseń?

– Otóż w taki, że jeden z drugiem kawaler bierze swoją wyśnioną bogdankie do Łazienek, nawija jej makaron na uszy w sensie dozgonnej miłości i już ma przejść się do sedna, a tu panna mu zaznacza, że przeprasza za pardon, ale nóżki jej zmarzli i chce do domu. I tak w kółko, co się młodzian namyśli, żeby się wynurzyć

z konkretnem oświadczeniem, to panna mu wyjeżdża, że z powodu aury ksiuty przełożone do odwołania. I przez ten mróz przyrost nadnaturalny nie przyrasta, a nawet, za przeproszeniem, się kurczy.

– Wszystko, panie sąsiedzie, przez to głąbalne ocieplenie.

– Przez co? Poinformuj mnie pan, panie Ambroży.

– Otóż naukowcy amerykańscy odkryli za pomocą logiki i inteligencji pracującej, że jest na naszej planecie wajcha z dwatlenkiem wegla, która grzeje jak w szklarni i znakiem tego zrobiłoby się u nas ze dwadzieścia stopni cieplej.

– I co z tego?

– A to, że jeszcze troche, a Grójcu rosłaby pomarańcz, cetryna i orzechy rokokosowe.

– To chyba dobrze, czy też wszak nie?

– Niekoniecznie, bo jak u nas byłoby czterdzieści stopni, to w słonecznikowej Italii sześćdziesiąt i byłaby zamiast Rzymu, odwiecznego miasta, puszcza Sahara.

– No nie, panie Ambroży, nie może to być, żeby papież Franciszek po piachu na wierblądzie jeździł.

– To samo pomyśleli ci uczeni na piśmie. Przekręcili wajche parę lat temu i gorąc nie doskwiera.

– I szafa gra.

– Grała, ale nie gra. Bo oto, uważasz pan, wajcha była nie używana, nie oliwiona i się zapiekła. Sam pan powiedz, jest możliwe życie bez leguralnego oliwienia?

– W życiu!

– Więc uczeni wzieli fachowca, żeby te wajche odblokował.

– I co fachowiec na to?

– Okazało się, że fachowiec posiadał dziadka w naszej kochającej stolycy. Popukał te wajche raz i drugi i mówi, że bez holajzy nie da rady…

– Dlaczego, panie Ambroży?

– Albowiem z powodu kajli  na uberlaufie trychter był robiony na szoner i oczywiście bez holajzy w żaden sposób nie uda się zakryptować lochbajtla w celu udychtowania pufra i dania mu szprajcy przez lochowanie tendra, aby roztrajbować ferszlus, który źle działa, ponieważ droselklape tandetnie zablindowano i teraz wajcha ryksztosuje i nie da się odkręcić…

– I co teraz, panie Ambroży?

– No co, fachowiec holajze od dziadka przywiezie, wajche poluzuje, wypuszczą dwatlenka węgla i znowuż będzie wiosna, kwiatki, słowiki…

– Słowiki i bociany, panie Ambroży!

– Musowo! I coś mi się wydaje, że po tej długiej zimie bociany będą miały od cholery roboty…

Przemysław Śmiech