Ostrożności nigdy za wiele. Przekonał się o tem mój sąsiad, pan Ambroży Keks. Pewnego razu spotkałem go na klatce schodowej bardzo czemś wzburzonego.
– Szaconek, panie Ambroży, coś pan taki blady jak śmierć na chorągwi?
– Nerwy mnie opuścili z powodu kina.
– Jakiego kina?
– Tego, com zobaczył w telewizji.
– To się znaczy?
– Już wyszczególniam. Siedziałem sobie wieczorem spokojnie we fotelu i pomyślałem sobie, że może w ramach kultury i sztuki puszczę sobie telewizor. Zaglądam do gazety i co widzę własnoręcznie?
– Co pan widzi?
– „Psy”.
– W sensie czworonogi?
– W sensie arcydzieło kinematografii. Myślę sobie – pies najlepszy przyjaciel człowieka – obejrze. I patrze i widze, że słysze w każdem zdaniu wyraz publiczny!
– Niemożliwe, panie Ambroży!
– Też tak myślałem, ale nie. Co który artysta twarz otworzy, to słowo kawalerskie wylata. Ja nie jestem drobnostkowy, dwa lata we wojsku byłem, ale od tych rozmówek, co w tem filmie ze sobą artyści krzyżowali, niejeden kapral by się zarumienił.
– A pies?
– A właśnie psa nie było żadnego. Siedze i siedze i nic. Nawet marnego jamnika, żaden najgorszy kundel nie przebiegł się po ekranie. No i tak siedze, czekam na te stworzenia, a panowie artyści, którzy wzięli za udział, chyba też czekali i w końcu tak jak ja wyszli z nerw, a zwłaszcza Janek Kos.
– Janek Kos też tam był?
– Tak. Z temże bez Szarika. Jak Janek zobaczył, że Szarik dostał kamfory, to jako weteran wojenny musiał zaznaczyć coś tylko dla dorosłych. Straszne mordobicie z powodu tej hecy uskutecznił, posoka się lała jak na trzech weselach, a pan Linda tak wjeżdżał pci naprzeciwnej na godność osobistą, że aż drzwi przymknąłem, żeby małżonka moja nie usłyszała, bo bym mniał kino w domu…
– I co było w dalszem trakcie?
– W dalszem trakcie pan Linda powiedział, że jak nie ma psów, to trudno, niech będą suki, ale mogłem się przesłyszeć, bo przez cały film grzali z broni ręcznej, aż mi się poligon przypomniał. Co trzy minuty żałobne zwłoki na ekran wyskakiwali, ledwo grabarz jednego łopatą przyklepał, już drugiego mniał klijenta na dębowe jesionkie.
– Panie Ambroży, a czy było coś o sprawach matrymonialnych?
– Owszem, czemu nie. Pan Linda poczuł sercowe przynależność do jednej pani, która robiła miau do słuchawki…
– O, to przynajmniej koty były…
– Owszem. I pił z nią szampanskoje trzy razy dziennie po każdem posiłku, przed użyciem wstrząsnąć. Niestety, flota mu się skończyła i pani została się towarzyszką dozgonną pana Kondrata, który, jak pan wiesz, robi ostatnio w bankowości.
– Ech, ta druga płeć damska…
– W związku z powyższem pan Linda poszedł w nieotulonym żalu do banku, do pana Kondrata. Puka do okienka i zaznacza: panie Kondrat, oddawaj pan mojego kociaka, bo nie ma mnie kto drapać i mruczeć mnie do ucha, a skoro jeżeli nie, dostaniesz pan w morde, nożem i rowerem po plecach. A pan Kondrat, jak to w banku, zaczął panu Lindzie nawijać makaron na uszy, że bardzo mu przykro, ale po odejściu od kasy lekramacji się nie uwzględnia i idź pan, pókim dobry. Więc pan Linda wyjął zza pazuchy kałasznikowa i za chwilę grabarze mieli kolejnego chętnego na miejscówkie na Powązkach. Wskutek wobec tego wszyscy byli fatalnie przegrane: pan Kondrat, bo się został za zwłoki, pan Linda, bo poszedł do szuflady na parę lat, kociak pana Lindy, bo się został wdową i ja, bo się nasłuchałem wyrazów…
– A pies?
– A pies? A pies im morde lizał…