„Kicia Kocia”

Szłem właśnie w kierunku śmietnika z zamiarem pozbycia się odpadów pochodzenia orgianicznego i tych co można je poddać  recytaklyningowi, gdy ujrzałem zwrokiem znajomą sylwetkie pana Benka. Pan Benek taszczył z piwnicy jakieś żelastwo.

– Szacunek, panie Benku, co pan tam tarabanisz?

– Małżonka mnie kazała, pardon, poprosiła, żebym zrobił wiosenne porządki w piwnicy.

– Wiosenne? O wiele się orientuję w chronologii, naobkoło mamy styczeń, czyly śnieg po kolana oraz dziesięć stopni mrozu w cieniu!

– Zaległe wiosenne. W poprzedniem styczniu obiecałem, że w kwietniu posprzątam, no i się nagle bogini mojej przypomniały te moje nieopaczne słowa…

– Nie próbowałeś pan partnerskiego dialogu?

– Próbowałem, jednakowoż zostałem przeszyty zwrokiem bazylyszkowem na wskroś, wskutek wobec tego postanowiłem w pełnem godności milczeniu nieść dalej ten współmałżeński krzyż.

– A konkretnie co pan tu targasz, panie Benku?

– Konkretnie plecy lodówki.

– O, panie Benku, to nie wyrzucaj pan tego, tylko zanieś pan do „Kici Koci”.

– „Kicia Kocia”? Weteryniarz jakiś? A na co mu takie żelastwo?

– Nie weteryniarz, tylko lokal gastronomiczny, w którem masz pan również zaszczyt rozkoszować się kulturą powyższą.

– Bardzo chętnie, a żelastwo po co mam nieść? Wymienią mi na sztamajze wyborowej?

– Żelastwo powieszą w charakterze dzieła sztuki nowoczesnej.

– Plecy lodówki?

– Panie Benku, nie bądź pan ciemnota średniowieczna. Nie wiesz pan, że teraz nawet, przepraszam za pardon, pisuar odstawia kulture i sztukie?

– O, patrz pan, taki postęp!

– A jak! Natomiast o wiele rozchodzi się panu o sztamajze, to na razie sztukie w „Kici koci” uprawia się na sucho, z powodu, że nie mają jeszcze licencji na zapijanie.

– A gdzie ten bezalkoholowy zakład gastronomii masowej figuruje?

– Przy ulicy Garybaldiego, bojownika o wolność i demokrację w słonecznej Italii, nie opodal grzybków.

– Grzybków? Wiesz pan, grzybki bez popijania, to troszkie podjeżdża lypą, czy też wszak nie?

– Panie Benku, daj pan już spokój z tem gazowaniem! Grzybki z betonu, architektura taka! Ymytacja z matki natury!

– Dobrze, dobrze, co pan morduchne rozpuszczasz, a od kiedy ten lokal roztwiera podwoje?

– No więc uroczyste roztwarcie doszło do wskutku w dniu wczorajszem. Najpierw odsłonięto namalowane popiersie poety Mirona Białoszewskiego, z powodu, że na Grochowie mnieszkał i tworzył i stąd się przeniósł do lektur szkolnych. Kojarzysz pan tego twórce?

– Do kogo ta mowa! Naturalmą, że kojarze: „nazywam się Miron, bo za mirony cierpie i kocham Katiusze!”

– Brawo! W dalszem trakcie były wspominki i czytanie arcydzieł bohatera wieczoru. Tak mnie się to spodobało, że natychmiast zapragnąłem zanurzyć się oburącz w jego wytwórczości. Niestety, z przykrością muszę zaznaczyć, że o wiele w bezpośredniej bliskości ronda Wiatraczna jest masa całodobów ankoholowych, o tyle, bardzo mnie przykro, biblioteki dwadzieścia cztery ha ani jednej! Jak pan pragniesz wykonać lufe bądź kielonek – proszę uprzejmnie, a jak pan chcesz sobie strzelić ode, soneta, czy inną delirykie, to niestety – niemożebność – kurturalna puszcza Sahara. Znakiem tego, dobrze, że chociaż Kicia Kocia zaprasza na poetycką uczte ze skromnem wyszynkiem.

– Faktycznie, masz pan racje bytu. A ten Miron to o czem pisał do rymu?

– O wszystkiem, panie Benku. Co tylko usłyszał, zaraz dawał do książki. Co kto powiedział, to on zapamiętał.

– To tak jak moja dozgonna małżonka. Nie zdawałem sobie sprawozdania, że taka z niej artystka. Może jak ją oświadomie, to mnie puści do tej „Kici Koci”? Jak pan mniemasz?

–  Panie Benku, z kobietami pci damskiej nigdy nic nie wiadomo, ale spróbuj pan, gdyż albowiem, jak mawiał jeden poeta zza rzeki Bug: „kto nie ryzykuje, szampana nie pije”…

Przemysław Śmiech