Wajcha na Narodowym

No więc rozbrzmiał ostatni, za przeproszeniem, gwizdek arbirtra, unieśliśmy z panem Benkiem w górę ręce, przy czem skapło na mój zręcznie tkany dywan odrobine piwa, ale trudno, nie daliśmy się Anglikom, a mało wiele brakło, dostaliby wyspiarze knoty.
Sukces piłkarzy nie przesłonił nam jednakowoż słynnej już na całą Europę i Szmulki draki z dachem. Poprosiłem pana Benka o krótki dokumentarz w tej bolesnej sprawie.

– Otóż – zagaił zwięźle pan Benek – w sprawie tej hecy mam jenformacje z pierwszej ręki, a detalicznie z ręki mojego znajomka, Pyzy Tadeusza, któren wyżej wzmiankowaną ręką uruchamia dach specjalną wajchą.
– O, i jak wygląda precedura?
– Normalnie, kierownik woła: Hej Tadeusz, wajchę przełóż, Tadeusz przekłada i szafa gra.
– A co się stało we wtorek?
– Zgubiła nas staropolska gościnność.
– W jaki sposób?
– Już wyszczególniam. Jak pan pamiętasz, na Erło graliśmy najpierw z Grekami. Opowiadał mi Tadeusz, że Greki wyszli na mrutrawę, zaczęli biegać, skakać i temuż podobnież, rozglądać się naobkoło i nosami kręcić, że pogoda jem nie odpowiada. „Jak to?”, kierownik się pyta. „Trzydzieści stopni Cycjusza, wiaterek wieje, tylko grać.” A na to te Greki zaczęli filozofować, „no właśnie wiaterek, nerki nam przewieje, uszy, pochorujem się”. No to kierownik myśli, że trzeba gościnność staropolskie uruchomić, wszak, jak to mówią „gość w dom, Bóg wie po co”, znakiem tego zawołał „Ej, Tadeusz, wajche przełóż” i Tadeusz przełożył. Zaraz się duchota niemożebna zrobiła, ale Grekom facjaty się uśmiechnęły, pociągnęli kamfory z amfory i powiedzieli, że teraz owszem, czemu nie.
– A co z dumnymi synami Alembionu?
– Synowie Alembionu zobaczyli, że deszczyk kropi. No to kierownik do Tadeusza, żeby precedure uruchamiać, a Angliki, że nie, że oni pasjamy uwielbiają deszcz, niech pada, dachu nie zamykać.
– I co się stało, bo nie rozumiem?
– A to się stało, że dachu nie zamkli, ulewa padała, wody się zrobiło po kostki i wskutek wobec tego arbirter, któren miał zaszczyt być z Włoch…
– Wukadką przyjechał?
– Nie z tych Włoch, ze słonecznikowej Italii, zaznaczył w ten deseń, że mecz nie może dojść do wskutku, gdyż ponieważ, co będzie, jak się co poniektóry wygruzi na tej ślizgiej trawie? Albo kataru dostanie? Albo spodenki zamoczy, które, jak wiadomo, trzy złote nie kosztują?
– A to drobnostkowa osobistość! A co Angliki na to?
– Oni się zaczęli przysięgać na królowe Elżbiete, że zaraz po meczu napiją się gorącej herbaty z rumem, a jak pan sędzia sobie życzy, to nawet przed, czosnkiem przegryzą, spirytus zastosują wewnętrznie i będzie dobrze. I że jech kluby nie mają nic naprzeciw, ani męczystery, ani arsenale i wogle nikt.
– I co z tem Włochem w końcu?
– Niestety nadal wykazywał poprzeczny charakter i zaczął Anglikom nawijać makaron na uszy, że co tam jemu kluby, najgorsze te matki, żony i kochanki. „Raz się” – mówi- „zgodziłem na mecz na deszczu, to zapalenia płuc wszyscy podostawali, a potem ich kobity do mnie wydzwaniały i wchodziły mnie na godność osobistom, sztorcując mnie rodzinę w tył do Dantego Aligieri. Nie mogie chłopaki, przyjdźcie jutro”.
– A to mamma mia w ryzotto czesany!
– To samo pan Tadeusz zaznaczył. A potem jeszcze kierownik jemu powiedział, żeby nazajutrz rano z mopem przyszedł i po trawie niem przeleciał, żeby Wysokiemu Sądowi sportowemu nie zamokli lakierki.
Pogrążyliśmy się z panem Benkiem w bolesnej zadumie nad ciężkiem masz ci losem pana Tadeusza, a po kolejnym kuflu zaprzysięgliśmy Włochom straszliwą wendetę: w przyszłem roku pomidorową będziemy wtranżalać z ryżem, a nie z makaronem!

Przemysław Śmiech