Nauka

W niedzielę wybrałem się do niedawno otwartego Centrum Nauki „Kopernik”. Okazało się, że do wejścia jest dość długa kolejka i trzeba godzinę poczekać. Kilka osób przede mną poznałem sylwetkę mojego dozorcy Pana Tolka.

-Pan Tolek? Jak się cieszę, że Pana spotykam.

-A witam szanownego Pana, odpowiedział zagadnięty.

-Czyżby pęd do techniki i jej sekretów przygnał Pana tutaj?, zapytałem

-Technika ma niewiele sekretów których bym nie znał. To jedno z mojego hobby czyli też konika jak się mawia w eleganckiem świecie.

-Naprawdę? Chyba Pan przesadza troszeczkę, wszak nawet naukowcy ciągle dokonują jakichś epokowych odkryć.

-Panie szanowny, ton głosu Pana Tolka stał się bardziej oficjalny. Ja uważasz Pan mam to w genach, mój rodzony stryjek, Edek nazywany był na dzielnicy „wynalazca” bo wynalazł rower.

-Naprawdę? Myślałem, że Leonardo Da Vinci był twórcą pojazdu przypominającego rower a on nie mógł być Pana stryjkiem, zażartowałem.

-No może i faktycznie posiadasz Pan słuszność, odpowiedział bo jak się potem pokazało stryjek Edzio wynalazł ten rower u sąsiada w komórce i miał z tego powodu nieprzyjemność z milicją przepraszam za wyrażenie obywatelską. Ale jakieś smykałkie odziedziczyłem, dasz Pan wiare, że już w szkole skonstruowaliśmy z Ziutkiem Kępką rakiete kosmiczne i chcieliśmy w kosmos lecieć, na Marsa?

-To ciekawe, no i polecieliście?

-Polecieć polecieliśmy, ale dolecieliśmy tylko do ogródka Zaleskiej w sąsiedniej kamienicy. Prototyp, uważasz Pan, nie dopracowany był.

-A z czego zrobiona była rakieta, zapytałem

-Z beczki po smole. Miała dołączony drugi dekiel pod który nakitowaliśmy dwa kubły karbidu którego dostarczył nam kuzyn Ziutka, któren to przed wojną w fabryce karbidu posadę posiadał i spore zapasy tego cennego materiału przechowywał w piwnicy. Nalaliśmy pod ten dekiel wiadro wody i Heniek nasz koleżka podpalił lont. Nadzwyczaj chętnie zresztą. Panie jak to hukło to szyby na sąsiedniej ulicy polecieli. A my ubrane w stare kaski do motoru razem z beczką do ogródka Zaleskiej. Stara harmidru narobiła, że jakieś ruskie wylądowali i dawaj budzić męża, starego Zaleszczaka, któren to chrapał bo z roboty pod letkim gazem wrócił. Jak Zaleszczak nasz zobaczył to powiedział, że my na pewno jesteśmy UFOludkami z kosmosu i, że on nas rozpoznaje i dawaj namawiać Zaleską żeby ćwiartkie samogonu przyniesła na ugoszczenie przybyszów. Ale stara Zaleska nie w ciemię bita była i swój rozum posiadała. Na dodatek Zaleszczak już kiedyś towarzyskie wpadkie zaliczył jak na wycieczkie na grzybobranie z fabryki pojechał. Nie ma nic lepszego jak wyostrzyć wzrok przed taką wycieczką, a że ogólnie wiadome jest ,że najlepiej wyostrza wzrok rodzimy wyrób ankoholowy więc Zaleszczak wyostrzył, tylko ciut za mocno i zaplątał się w jakieś krzaki, patrzy a tam mały zielony człowieczek z wytrzeszczonymi oczami. Przypomniało mu się jak radio kiedyś podawało, że kosmiczne przybysze są zielone i mają wyłupiaste ślepia i dawaj orędzie do kosmitów wygłaszać i bratać się z niemi. Później pokazało się, że to był gajowy któren grubsze potrzebe fizjologiczne w krzakach załatwiał. Po tem zdarzeniu koledzy długo żyć mu nie dawali, nawet pseudonim mu wymyślili „Meteor”. Tak więc stara Zaleska znając swojego ślubnego wiary mu nie dawała. A my z Ziutkiem czmychnęliśmy przy pierwszej okazji jak wspomniane meteory mimo siniaków i zadrapań.

Kolejka doszła właśnie do kasy i Pan Tolek zakończył swą opowieść o niewątpliwych osiągnięciach swojej skromnej osoby na niwie zdobywania kosmosu. Później dostrzegłem go jeszcze na ułamek sekundy jak rozmawiał przy wejściu z mówiącym robotem, ale nie wiem o co go pytał. Cóż widocznie jako osobnik będący za pan brat z techniką omawiał z robotem jakieś ważne naukowe kwestie, a może tylko pytał o godzinę.Nie dane mi było usłyszeć.

Stanisław Mitkowski