Kozak i bandżo

Na ul. Tatrzańskiej na Sielcach stoją młodzi ludzie w hiphopowych ubraniach: – Grzesiuk? Czytałem kilka lat temu jego „Boso, ale w ostrogach”. Szwagierkolaska nagrał jego piosenki. Nie wiem, gdzie stał dom, w którym mieszkał – mówi jeden z nich. Zygmunt Gładek z ul. Tatrzańskiej pamięta Grzesiuka, choć podkreśla, że był od niego znacznie młodszy. – Miał jakieś 180 cm wzrostu. Był przygarbiony i miał trochę wyłupiaste oczy. Bardzo ładnie śpiewał i grał na bandżoli. Z ferajną się bawił. Lubił się zaprawić i stuknąć głową, scyzorykiem też. Domu, w którym mieszkał, już nie ma, bo Niemcy spalili go w Powstanie – wspomina.

– To był bardzo grzeczny i dobrze wychowany chłopak. Zawsze stawał w obronie dziewczyn – dodaje Eugenia Ziembicka, która na Tatrzańską wprowadziła się przed wojną.

Dziś mija 40. rocznica śmierci pisarza i barda Czerniakowa, największej legendy warszawskiego folkloru. Choć śpiewał głównie o stolicy, był znany w całej Polsce. Płyty z nagrywanymi przez niego piosenkami – „odświeżone” przez innych muzyków – ukazują się do dzisiaj.

Rodzina

Stanisław Grzesiuk urodził się 6 maja 1918 r. w Małkowie w powiecie chełmskim, w rodzinnych stronach ojca. Franciszek i Anna Grzesiukowie pobrali się sześć lat wcześniej w Warszawie. Wyjechali z niej, chroniąc się na wsi przed głodem, który panował w czasie I wojny światowej. Do stolicy wrócili w 1920 r., zamieszkali na osiedlu Sielce. Sąsiadowało z Czerniakowem określanym wtedy mianem „dołu”, bo znajdowało się poniżej centrum miasta.

Franciszek, z zawodu ślusarz, pracował w Fabryce Parowozów na Kolejowej (powojennym Waryńskim). Działał w PPS. Z żoną i trójką dzieci – Krystyną, Stanisławem i najstarszym Wacławem – mieszkali w jednej izbie. Stasiek o godz. 22 musiał się meldować w domu. Każdą wolną chwilę spędzał z chłopakami na ulicy (nazywali go „Kozak„). Chłonął uliczny folklor i szemrane historie.

W książce „Boso, ale w ostrogach” Grzesiuk opisał, jak wyglądało życie na Tatrzańskiej w latach 30. Sielce to lumpenproletariacki knajacki slums: brak kanalizacji, bezrobocie, nędza i złodziejstwo. Miejscowa ferajna nie szanuje frajerskiego towarzystwa z „góry”. Zasady są proste – „kapować nie wolno, odegrać się wolno”. Młodzi ulicznicy noszą noże sprężynowe w kieszeni marynarki, czyli „pomocnika” za „parkanem”. Wzór elegancji to jaskrawa apaszka i kraciasta czapka, ulubiona rozrywka – picie wódki i rozróba. Policja bije nawet za samo stanie na rogu.

Obraz pokazany przez Grzesiuka wydaje się być mocno przekoloryzowany. Domy pod numerem 5 i 9, jedyne na Tatrzańskiej, które przetrwały wojnę, to porządne kamienice. Niedaleko od Tatrzańskiej w okazałej willi mieszkał generał Władysław Sikorski, a w domu Grzesiuków trzech policjantów, w tym jeden za ścianą.

Bandżola

80-letnia Krystyna Zaborska, siostra Stanisława Grzesiuka, dziś mieszka nieopodal skrzyżowania Chełmskiej z Belwederską. – Wychowywaliśmy się w przyzwoitych warunkach – wspomina Tatrzańską. Ma żal do brata, że opisał ojca jako osobę nadużywającą alkoholu. Bo choć w książce nie padają imiona rodzeństwa i rodziców, Grzesiuk dość szorstko obszedł się ze swoją rodziną. Pokazał świat oczami buntownika, który kontestuje religię, sanacyjne rządy, zaczyna fascynować się komunizmem.

Krystyna pamięta, że Stanisław wyznał kiedyś bratu Wacławowi: „Musiałem tak pisać, bo inaczej by mi tego nie wydali. Mam dzieci i muszę się starać o ich przyszłość. Nie chcę, żeby musiały przychodzić do was na zupkę. Ja umieram”. Był już wtedy chory na gruźlicę.

Pani Krystyna wspomina brata czule, choć kiedyś wstydziła się nawet przyznać, że jest jego siostrą: – Stasiek był dobrym chłopakiem. Urwis, ale nie łobuziak. Po wojnie powiedział mi: „Jestem wdzięczny ojcu, że mnie tak twardo wychowywał, bo roznosiło mnie i inaczej nic dobrego by ze mnie nie wyrosło”.

Stasiek wśród kolegów z ulicy był jedynym, który miał etatową pracę. Po szkole podstawowej załatwił mu ją ojciec – w Państwowych Zakładach Radiotechnicznych na Grochowskiej. Zapisał go też do renomowanej szkoły Wawelberga, za którą zapłacił. Stasiek zrezygnował z nauki wieczorowej po pierwszym semestrze.

Franciszek Grzesiuk kupił dzieciom instrumenty i zaszczepił miłość do muzyki. – Stasiek grał na początku na mandolinie, potem dostał od ojca bandżolę. Wacław też grał na mandolinie, ja na małej bandżoli. Stasiek walił w instrument niemiłosiernie. Nie śpiewał szemranych piosenek. Kupowaliśmy nuty szlagierów, uczył się ich, a potem je graliśmy i śpiewaliśmy – wspomina pani Krystyna.