Wspomnienie o ulicy Skaryszewskiej

„Siekiera, motyka, piłka, deska

to ulica Skaryszewska”…

Wspomnienie o ulicy Skaryszewskiej z opowieści ojca mego spisane.

W roku 1941 lub 1942 (?) szkołę przy ulicy Skaryszewskiej okupant przekształcił w „punkt przesyłkowy”.

Skąd ta nazwa ?

Otóż przywożono tu mieszkańców Warszawy, zatrzymanych w łapankach ulicznych na terenie miasta lub w pociągach czy na dworcach podczas szmuglu. Schwytanych rozsyłano do Niemiec na tzw. „przymusowe roboty”. Jedni trafiali do bauera a inni do fabryk. Ci co mieli najmniej szczęścia – jechali do obozów koncentracyjnych.

Wejście do szkoły usytuowane było od ulicy Skaryszewskiej ale większość aresztowanych przebywała w budynku, którego okna wychodziły na placyk od strony ulicy Targowej.

Ta część szkoły ogrodzona była murem. Tam właśnie  warszawiacy mieszkający w pobliżu (i nie tylko), natychmiast zaczęli organizować pomoc w przekazywaniu wiadomości rodzinom i bliskim zatrzymanych osób.

Odbywało to się w ten sposób, że z okien wyrzucano kartki obciążone kamieniem lub czymś co pozwalało na daleki wyrzut. Na tych karteczkach podane były adresy rodzin, które należało niezwłocznie powiadomić oraz nazwiska lub imiona osób osadzonych w budynku szkoły.

Ci którzy nie mieli możliwości napisania, krzyczeli bardzo głośno swoje dane lub adresy licząc, że chociaż część „wykrzyczanych” informacji dotrze do rodzin.

Było to bardzo dramatyczne, bo jedni krzyczeli inni płakali a jeszcze inni śpiewali w przypływie obłędu. Płakali również ci co przychodzili w pobliże muru i szukali swych bliskich. Sceny pełne emocji i ludzkich tragedii.

Niestety ! Po pewnym czasie szkopy zorientowały się co tu jest grane i postawiły na placu posterunki, które nie pozwalały podejść pod mur dzielący szkołę od placu. To mocno utrudniło działanie.

Na szczęście, część pilnujących stanowili polscy policjanci. Niektórzy z nich – narażając własne życie – „przymykali oko” na zaistniałą sytuację. W ten sposób dużo rodzin udało się powiadomić i przekazać informację a często ostrzec przed aresztowaniem.

W tym czasie mieszkałem obok tej szkoły – na ulicy Zamojskiego. Dla nas – Praskich chłopaków – to był obowiązek a jednocześnie przygoda. Zmalować coś frycowi pod samym nosem i wyjść z tego w jednym kawałku. Okoliczna wiara rwała się do tak honorowej roboty bo wryty w pamięć mieliśmy obraz naszych wrześniowych wojaków, topiących wojskowe sprzęty w jeziorku na Kamionku. Łzy płynęły nam wtedy po policzkach i zadra jakaś siedziała w sercu.

Miałem wtedy 11-12 lat i może dlatego – jako młodziakowi – skutecznie udawało się kartki te zbierać i przekazywać starszym a oni dalej przekazywali je rodzinom.

Bywałem także przeganiany przez pilnujących policjantów. Krzyczeli, straszyli, kopniakiem poczęstowali. Często tłumaczyłem im, że tu właśnie mieszkam i wracam do domu. Jednak żaden z nich nigdy nie zrobił mi krzywdy. Te dramatyczne chwile pozwalały nam zobaczyć jak Warszawiacy pomagali sobie w tragicznej potrzebie. To była dopiero zapowiedź tego na co byliśmy zdecydowani  i do czego zdolni. Choć część z nas nawet jeszcze o tym nie wiedziała.

Spisane w maju 2012 roku.

Wolski Adam