Pan Antoni, ja i drynda

Któregoś pięknego dnia, moja ślubna oznajmiła, że w najbliższe sobotę urodziny Antoniego wypadają. Stwierdziła, że ponieważ ja i Antoni jesteśmy cuś jak koledzy, to może bym mu prezent jaki sprawił. Bo tego kurtularne obycie i kindersztuba wymaga. Po chwili dodała jeszcze,

– I leguralnie do nich na wieczorne jemieniny zaproszeni jesteśmy. No i jak z nią tak pogaduche przycinałem to wyznała w sekrecie, że jej kochanemu mężusiowi to się marzy dryndą raz jeszcze przejechać. Ale nie taką zwykłą tylko koniecznie pierwsza klasa – znaczy sie parokonką ze stangretem.

Popatrzyłem na nią i ze zdziwioną miną odrzekłem:

– O matko ty moja najdroższa. Gdzie żeś ty znów, na Boga, z panią Pelagią tak w dyskusję uderzyła, że ona tajemnice rodzinne sprzedała?

– Gdzie, gdzie? A cuś ty taki ciekawy, mój pajączku krzyżykiem po plerach chrzczony. Normalnie mam odczucie jak bym była na sądowej rozprawie w postaci oskarżonego – co to go najwyższa instancyja na okoliczności jakowejś wypytuje. Czy ja cie – ty moje szczęcie na loterii przegrane – zapytowuje, gdzie tak z panem Antonim znikasz i o czem gadacie? Wiadomo, że nie. Gadałam i tyle – mówiąc to uśmiechnęła się do mnie całom szerokościom swych pienknych usteczek.

– No dobra, dobra. Tak zapytałem bo mnie ciekawość naszła.

– No widzisz, perło ty moja z egzotycznej muszli morskiej wydobyta, że ja również musowo tajemnice posiadać musze.

– Ano widzę. I widzę też, że podróże przyrodniczo-naukowe z panią Pelasią kształcą twe salonowe obycie. Mówiąc to śmiałem się do rozpuku.

– No wiesz czy to ona mnie uczy czy które inne sąsiadki, to niech tajemnicą pozostanie. Zresztą z innych pomocy naukowych też potrafię korzystać – to powiedziawszy machnęła mnie jakąś literaturą przed nosem.

– Czy wzrok mnie dobrze ostrzy i pamnięć nie myli, Grzesiuk?

– Nie mój kochaniutki, totalną masz nieostrość lub zaćme. Teraz Wiecha czytam, a te kniżke to kobitce spod 10-tki oddać muszę.

Normalnie nie mogłem z podziwu wyjść, że moja żona taka zaradna sie stała w nauce gwary. Więc tylko skwitowałem to uśmiechem i dalej w myślenie … skąd ja u licha taką parokonkę wynajdę. A na dodatek ze stangretem i to w liberii. Oczywiście nie uszło to uwadze mojej Hanki, że nad czymś głęboko się zamyśliłem. Znając mnie wiedziała, że czasami browarek dobrze mnie pomyślunek wpływa. Więc z przekory, czy też z dobrego serca, odezwała się ona do mnie w te słowa:

– Może kufelek zimnego Króla zwoje twoje rozprostuje i myślenie poprawi – śmiejąc sie wyszła do kuchni.

No jak już małżowina do mnie w ten ton uderza, to nic mnie innego nie pozostało jak wykonać co zaproponowała. Pierwsze kroki skierowałem do naszego spożywczaka, co by delektując sie zimnym złocistym, myślenia proces rozpocząć. Pani kierowniczka jak mnie zobaczyła to już browca wystawia. Oczywiście Zygmunta – z majchrem na cokole – chłodnego i w rosie na szkle smakowitego. Zdewastowałem na szybko dwa i proszę o trzeciego, minę mając wielkiego myśliciela. Zupełnie jak nasz Kopernikoszczak, co to ziemie ruszył z błogiego lenistwa. Kerowniczka początkowo sie nie odzywała, zajęta była jakimiś przemyśleniami ale po chwili jednak ciekawość kobieca zwyciężyła i zapytała mnie w czem rzecz, że takie zmarchy na czole sobie funduje.

– Panie ładny! Widzę, że jakieś zmartwionko dopadło i zagwozdkie pan masz. Co ?

– Oj tak. Masz pani zupełne racje. Czaszka mi dymi jak kolejka Marecka w najwyższem pędzie.

– Nawijaj kochanieńki o co biega, może cuś sie wymyśli na pańskie bolączki.

– Ano potrzebuję dryndę – odrzekłem z letkim uśmiechem.

– A jaka trudność ? Jak sie dobrze pan rozpatrzysz, to przy Wileniaku znajdziesz – rzecz pewna. Idź se tam złociutki. Jest ich tam mnoga – jak mawiali nasi „bracia” z tego pomnika co na środku placu przy Targowej stoi. To powiedziawszy zaśmiała sie serdecznie.

– Jak by to takie łatwe było to już dawno interes bym tam dopinał. Ja to parokonke potrzebuję ze stangretem w liberii granatowej koniecznie.

Sklepową zmurowało. Przez dobre kilka minut widać było, że pod ondulacją myśli się kłębią. Nagle gdzieś szybko wybiegła, za telefon chwyciła, cuś tam natrajkotała i z zadowolnioną miną temat mi zapodała.

– Panie myśliciel ! Pan to masz wiencyj szczęścia niż ja forsy z utargu. Masz tu kochaniutki adresik do pana Poldzia na Wole. Gnaj pan do niego, tylko jutro, bo dziś też jest z letka pod alkoholem – jak pan. Powołaj sie pan na mnie i gra muzyka. Ale przepraszam za pardon. Ciekawość mnie wtranżala. Dla kogoż ta cholerna parokonka ma być? Czyżbyś sie chciał pan z sianowną małżonką na jakie przejażdżkie poza mniasto wybrać?

– Nasz stróż Antoni w sobotę ma urodzinową okolyczność. Moja ślubna skumplowała sie z jego żoną no i sie wywiedziała. Marzeniem pana Antoniego jest pojechanie taką właśnie dryndą w kursik po naszyj Pradze kochanej. A że ja Antoniego jak własnego ojca sianuję, więc chciałem mu taki właśnie prezencik zgotować. Tylko zachodziłem w głowe, gdzie takie drynde w dzisiejszem czasie znajdę.