No to zaczęli się te telewizyjne majówki. Dzień w dzień koło piątej odsiadka przed telewizorem, żeby się dowiedzieć, czy mocno dostajem w kuchnie czy średnio, czy tyż wprost przeciwnie za gierojów XXVI Wyścigu Pokoju jesteśmy. Właściwie to nam z Gienią należą się medale za te 26 odsiadek, bośmy ani jednego wyścigu nie opuścili. Tylko gdzie taki medal za siedzenie komu przypiąć?
Śmiech śmiechem, ale faktycznie Gieniuchna historie tych wyścigów zna na pamięć i mogłaby w telewizji z odczytem wystąpić, tylko że troszkie sepleni. A takich i bez niej w telewizji nie brakuje.
W samym sercu Targówka i na peryferiach Szmulek, jak grzyby po deszczu powstają drapacze chmur – wysokościowce o setkach mieszkań. Do tych mieszkań wprowadzają się tysiące nowych lokatorów wnoszących w klimat starych praskich dzielnic inny sposób bycia, inny sposób wyrażania się. Dawna gwara warszawska, która utrzymała się tu naj dłużej wraz z autochtonami co pozostali w tych niespopielonych przez Niemców nielicznych fragmentach Warszawy, zaczyna się roztapiać wśród nowego słownictwa, świeżo przybywających mieszkańców. Ale i oni niespodziewanie nawet dla siebie zaczynają przyswajać sobie niektóre zwroty, rodzaj wysłowienia rdzennej ludności – praskich rodaków.
Ktoś, gdzieś napisał, że Warszawa nie ma swego własnego języka, regionalnej gwary, że uboższa jest pod tym względem od Berlina, Wiednia. To, co zwykliśmy uważać za język warszawskiej ulicy nazwał ten ktoś gwarą złodziejską ze znaczną domieszką rusycyzmów. Czy tak jest naprawdę? Nie jestem lingwistą, nie posiadam żadnej legitymacji do zwalczania tego krzywdzącego poglądu za pomocą argumentów naukowych.