Mowa z Grochowa

Głos z metra

Wreszcie po kilku dniach szarych jak pyzy w masowej gastronomii, chmury poszły wont, a na niebie pojawił się tak zwany naukowo błękit paryski.
Znakiem tego poszłem się przejść na przechadzkie do Parku Skaryszewskiego, aby posłuchać nadrzewnego drobiu i podkarmić wywiórki. I tam właśnie spotkałem pana Ambrożego Keksa pogrążonego w lekturze massmediów.
– Szanowaneczko, sąsiedzie. O czem pan tak czytasz?
– O problemie pciowym we warsiaskiem metrze.
– W jaki sposób?
– W taki, że kobiety pci damskiej domagają się, żeby przestanki na drugiej linii metra rozgłaszała pani domu. „W metrze też ma być parytent, twierdzą przedstawicielki dezorganizacji kobiecych”.
– Parytent? Co to się obznacza?
– To się obznacza, że nasze boginie chcą robić to co my i wizawi: oglądać mecze w telewizji, kierować autobusem, chodzić na ryby i temu podobnież.

Pomnik Budowniczych Stadionu

Mam zaszczyt donieść, iż dziś w godzinach porannych narodziła się nowa, cenna inicjatywa aspołeczna. Otóż staliśmy sobie z panem Benkiem pod Pomnikiem Budowy Szosy Brzeskiej i nawiązaliśmy taki dialog pełen wzajemnego szacunku i zrozumienia:
– Pan zobaczy, panie Benku, jak to kiedyś doceniali budowlańców. Pomnik jem postawili, na którem mamy detalicznie wyszczególnione, jak się przed wojną drogi budowało. Na jednem obrazku kamieniarze kostkie obrabiają. Na drugiem droga jest wyrównywana do poziomu morza. A na końcu prywatna inicjatywa handlowa z towarem zasuwa do Złotej Teresy.
– No właśnie. Skoro jeżeli budowe drogi uhonorowano pomnikiem na pryncypialnej Grochowskiej ulicy, to może by teraz postawić historyczną pamiątkie tem, którzy postawili Stadion Narodowy.

Fanfaron

Dziś w godzinach porannych odbyłem z panem Ambrożym Keksem kulturalną krowensację, którą tu wyszczególniam, gdyż sądzę, że młodzież w wieku szkolnem wiele na tem skorzysta.  
– Witam panie Ambroży. Czy dołączyłeś pan już do aspołecznej akcji jesiennego czytania „Lalki” Bolesława Prusa?
– Nie dołączyłem. Skoro jeżeli za oknem arua jest deszczowa, pragnę, aby lektura uniosła mnie na swech skrzydłach w ciepłe kraje. Z powodu dlatego pogrążyłem się w innym arcydziele pana Prusa, mnianowicie we „Fanfaronie”.
– „Fanfaron”? Nie pamiętam, poinformuj mnie pan.

Kawa po turecku

Wyszłem sobie dziś o poranku pooddychać mahoniowem, grochowskiem powietrzem i kogo mam zaszczyt widzieć? Pana Ambrożego Keksa, z którem łączą mnie wieloletnie stosunki dobrosąsiedzkie. Z jego szerokiego uśmiechu trzonowemi zębami wyciągłem nagły wniosek, że jego samopoczucie odczuwa zadowolenie. Tak rzeczywiście było, a powód zadowolenia został mi galopkiem wyłuszczony.
– Widzisz pan, po udzieleniu małżonce mojej, Danucie Keks, z domu Kowalszczyk, pierwszej pomocy w domowych porządkach, otrzymałem od niej przepustkie do kina na jemponujący fresk historyczny „Bitwa wiedeńska”. Film pierwsza klasa, zaraz w trzeciej minucie uderzyłem w kimę i tak sobie drzemałem, z krótką przerwą na bitwę, bo był hałas.

Halowin

Idę sobie dziś na spacerek i kogóż własnoręcznie widzę? Oto pan Benedykt Baryłko opuszcza komendę przy ulicy Grenadierów.
– Witam panie Benedykcie. Co się stało? Czyżbyś przekroczył pan wymiar sprawiedliwości?
– Owszem.
– Wyszczególnisz pan?
– Detalicznie. W dniu trzydziestym pierwszym października w godzinach wieczornych przebywałem w miejscu zamieszkania
z panem Ambrożym Keksem. Ponieważ, że nasze ukochane cholery poszły się pokazać na Powązkach w nowych szynszylach czy innych gryzoniach, mogliśmy spokojnie powspominać czcigodnych nieboszczyków w towarzystwie swojem wzajemnem, litra czystej i ogórków mało solonych.

Korona

Patrzałem sobie przez okno na polskie złote jesień, na co poniechtóry liść, któren ciągniony grawityfikacją spadał na pysk, na wróbelki, które ćwierkały przedwojenne szlagiery, aż tu nagle zobaczyłem pana Ambrożego Keksa, mego sąsiada, który z ponurem obliczem wyrzucał śmieci. Po chwili znowuż zobaczyłem pana Ambrożego. Znowóż ze śmieciamy. I znowuż. Co jest, myślę, pan Ambroży, człowiek wysokiej kultury, wieloletni nocny stróż we Filmotece Narodowej, targa w swych białych dłoniach wiadro z obierkami, ogryzkami, butelkami i inną martwą naturą? Musiało stać się jakieś nieszczęście!

Wajcha na Narodowym

No więc rozbrzmiał ostatni, za przeproszeniem, gwizdek arbirtra, unieśliśmy z panem Benkiem w górę ręce, przy czem skapło na mój zręcznie tkany dywan odrobine piwa, ale trudno, nie daliśmy się Anglikom, a mało wiele brakło, dostaliby wyspiarze knoty.
Sukces piłkarzy nie przesłonił nam jednakowoż słynnej już na całą Europę i Szmulki draki z dachem. Poprosiłem pana Benka o krótki dokumentarz w tej bolesnej sprawie.

Głowa do góry

W ramach rozszerzania horyzontów techniki, kultury i sztuki wybrałem się na spacer z książką. Książka ma zaszczyt nosić tytuł „Warszawa z głową do góry”, napisała ją pani Magdalena Hajnosz, której w tem miejscu całuję rączki.

Spacer polegał na tem, że szedłem z panem Benkiem, chojraicznym alkonautą, wypatrując postaci, które bez trzymanki figurują na stołecznychdachach, gzymsach i tak zwanych naukowo tempanontach.

Te klawe przechadzkie zaczęliśmy na ulicy Kredytowej. Znajduje się tam gmach towarzystwa gazowników. Przyznam się, że nieraz uderzałem niewąsko w gazomierz, a pan Benek to już w ogóle ma tu niebywałe osiągnięcia, ale że gazowniki mają swój budenek, to dla nas nius z pierwszej strony masmendiów.

Apollo Trzy Czwarte

Zaznaczam z wielkiem sercowem poruszeniem, że pan Benedykt Baryłko, dzielny warszawski alkonauta, po długiej podróży szczęśliwie wylądował na swojem spółkotapczanie, otrzymanym trzydzieści lat temu w prezencie ślubnem od czcigodnych teściów.
Kiedy nieustraszony lotnik doszedł wreszcie do siebie, udzielił mi ekskluluźnego interwiu, które Szanownemu Państwu udostępniam – ku pokrzepieniu serc oraz pożytkowi naukowemu.

Podróże kształcą

Zdarzyło się mnie się niestety, że moje szlachetne zdrowie nikt się nie dowie odrobineczkie podupadło, zdaniem mojej bogini z powodu nadmiernego gazowania, a mojem zdaniem, z powodu dlatego, że mnie małżonka za często i bezcerymonialnie wkracza na centralny układ nerwowy. Doktór, jak ten starożytny Salamon, nadmienił, że w tej sprawie oboje mamy rację bytu, a tak czy siak, powinienem się udać nad morze nasze morze.
No więc zostawiłem moje szczęście w domu, sam natomiast udałem się koleją do Wtrójmiasta, aby na tamtejszych plażach wdychać jod dwadzieścia trzy.