Szłem sobie ze spożywczaka, w którem zakupiłem bułeczki i mleko (dla małżonki, niech mnie ręka boska broni, żebym ja miał to pić, chyba, że kwaśne dzień po jemieninach, czy innem uroczystem obchodzie), gdy ujrzałem wizawi pana Benka. Facjatę mego sąsiada spowijał bezbrzeżny smutek i nieotulony żal.
– Panie Benku, dzień dobry się z panem, co się stało, czyżby życie ponownie potrąciło pana w czułą strunę?
– Otóż. Na wskutek oddania się w szponę hazardu, zostałem niewąsko uderzony w kant.
– Jak niewąsko?
– Siedem stówek.